niedziela, 26 maja 2013

Nap­rawdę zaw­sze sta­rała się pat­rzeć w stronę światła. Ale im dłużej człowiek wpat­ru­je się w jas­ność, tym moc­niej go wy­pala, aż wreszcie nad­chodzi po­kusa, aby się od­wrócić i zo­baczyć, jak długi, gęsty, moc­ny i ciem­ny sta­je się ciągnący z tyłu cień.

-Terry Pratchett
Szum deszczu przeplatany juwenaliowym posłuchem.Moją pościelą.I słodkim aromatem herbaty. Tak nastrojowe zimne powietrze przynoszące słowa trzeźwości umysłu.

Być może ochłodziło się trochę za bardzo. Być może napadało już dość dużo deszczu. A przecież nie zawsze można stać pod parasolem. Nie zawsze parasol się ma.A jeśli się ma...i słucha stukających o materiał kropel deszczu...Czyż nie kusząca jest propozycja odrzucenia go i przebiegnięcia się w deszczu wśród kałuż?

Jednak tak poetycko wygląda to tylko filmach i opisach powieści. Po dłuższej chwili robi się nieprzyjemnie. Szczególnie gdy musisz uważać i mokrymi zdrętwiałymi z zimna palcami rozsupływać cienkie marionetkowe nici uczuć.Uważając by żadnej nie przerwać.

Pochylając się nad sobą i wiążąc te chrzanione kokardki z nici znalazłam go.
Mam cel. Mam cel i się z niego cieszę.
Nowy najnowszy z możliwych.
A jednocześnie stary i zakurzony.
Wytarty.Przetarty we frazesach i sztampowości.
I do niego dąże. Czyż to nie wspaniałe?

Morze było dzisiaj wzburzone.
Ja też.