sobota, 1 czerwca 2013

BLOGOWY DZIEŃ DZIECKA i największe w historii wspólne śniadanie.

Niektóre poranki są magiczne ot tak. Ot dobra kombinacja wstania prawą nogą z pyszną kawą,odrobiną wolnego czasu,przesiadywaniem pod kocem przed zajęciami na godzinę jedenastą czy weekendowym wysypianiem się i szybkim kombinowanym śniadaniem. Z zaspanym uśmiechem nieschodzącym z twarzy. Z uśmiechem bez powodu chowanym w kubku kawy. Między tramwajem, a przystankiem autobusowym

A niektóre śniadania są magiczne niczym kawa w nowej filiżance. Bo z kimś. Bo słońce za oknem. Bo ciepło.Bo maj. Bo śnieg.Bo zaplanowana owsianka nie była za słodka. A naleśniki w sam raz. Bo zjedzone na tarasie. Kawa wypita w ogrodzie z kotem ocierającym się o nogi i jeszcze śpiącymi psami. Z leniwym śniadaniem. Niespiesznymi słowami. I szybkimi krokami do kuchni na bosaka po zimnej posadzce,którą niechcący brudzimy ziemią z przydomowego ogródka.

Dzisiejszy poranek był jednak inny. To jeden z tych poranków z lat dziecięcych,na które wyczekuje się dniami-skreślając dni w kalendarzu,spoglądając na niego ze zniecierpliwieniem próbując siłą spojrzenia przyspieszyć płynący czas. To właśnie taki poranek jak te lata temu gdy nie chcieliśmy iść spać,bo rano obok łóżka pojawiał się prezent na dzień dziecka. Pojawiał się równie niespodziewanie co sklejający sen powieki-a przecież...przecież...jak...zamknęłam oczy na chwilę chwilkę...a przed łóżkiem niebieski leżak z kubusiem puchatkiem. Zza poduszki spada nowy jaś.Pod nim czekolada. Przez błękitne zasłony wpada słońce z obietnicą dnia...dziecka.

W tym roku pojawia się paczka przyniesiona przez listonosza. Szczęściem dopiero wczoraj.I skrzętnie chowana na szafie,na suszarce,w kuchni...Zmacana doszczętnie. Wyczekana...Pachnąca kawą i czekoladą.

Wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka!