poniedziałek, 15 lipca 2013

"Nadeszła już pora, żeby to wszystko rzucić i trochę oszaleć."



T. Różycki

Ostatnie śniadania zjadam na wsi.

W ciasnej małej kuchni na Kaszubach. Zrywając w ogrodzie pierwsze truskawki, mocząc rosą stopy, a przy okazji przypadkiem i całą sukienkę. Tłukąc szklankę i nie mogąc się wcale a wcale odnaleźć wśród tej wakacyjnej ciszy wiatru i zbyt wolno wypowiadanych słów.

W przestronnej kuchni u podnóża gór sowich. I znowu nie wiem gdzie co jest. Zasadniczo nie wiem nawet co jest. Na wyścigi z owczarkiem wyszukując truskawek na grządkach staram się zachować równowagę. Z półek wyciągam zapomniane jabłkowo-imbirowe dżemy i cytrynowo-miętowe galaretki. W odnajdywaniu samej siebie jestem w końcu najlepsza. Zresztą nie tylko samej siebie,czyż nie?

Gdzieś pomiędzy myszkowaniem w kuchniach, szukaniem herbaty i łyżeczek do kawy-zdarzyły się śniadania w dobrze znanych mi trzech miastach. Gdzie czeka na mnie obietnica kubka kawy dana kilka tygodni temu, a w zakamarkach kuchni kryją się wspomnienia. W których dobrze wiem gdzie są łyżeczki,a w najdalszym zakamarku kuchni chowa się kiedyś wepchnięty tam przeze mnie cynamon.

Sopocka kawalerka tak dobrze znana. Wypełniona nami. Ostatnie śniadanie w mieście.I kawa. Dziś nie śniadanie. W progu w najulubieńszym miejscu. Tam gdzie wszystko się zaczęło.Na pewno nie ostatnia. I nie pierwsza przecież.

Choć może powróćmy to tych ostatnich zdarzeń,rzeczy i miejsc. Zostawiam za sobą pokój pełen tamtych wspomnień.Zamiatam dwuletni kurz tamtych złudzeń. Pakuje do pudeł niepewność pierwszych dni i staram się zabrać tylko uśmiech,zostawiając to co złe. Wymieniam uściski rąk. I mieszkanie. W okolicy zajduje pole czterolistnych koniczyn,kończąc swój gdański rok akademicki śniadaniem w pociągu na które składała się mała czarna kawa,arabskie ciasteczka z rodzynkami i kefir truskawkowy…


Tyle tych śniadań było.A jednocześnie tak wiele śniadań ominęłam.Przesypiając je,omijając,zmieniając im miejsca z obiadem i próbując przypomnieć sobie jaki dzisiaj mamy dzień tygodnia. Rzuciłam to wszystko. Już nie liczę poniedziałków ani innych dni tygodnia. Pora oszaleć. A może tylko poszaleć?