poniedziałek, 30 września 2013

Gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca.

-A. de Saint-Exupery



Znów obserwuje zachody słońca. Czy to oznacza bycie smutnym? Tak mówił Mały Książe. Ostatnie obserwowanie zachodzącego słońca nie skończyło się dobrze. Pochłonął mnie granat pochłonęła czerń.ale niczym słońce wstałam,znów rano. 

Czy tak miało być?Żadnej tęczy.Żadnego happy endu.Nie znalazłam nawet krainy czterolistnych kończyn należącej do elfów,które czekają z garnkami pełnymi złota- one na pewno znajdują się na końcu tęczy? Jestem zabrudzona szarością. O tu i tu. Nie widzisz? Prześwituje. Ale błękit swetra przez granaty szarości i czernie jakoś trochę nie ma siły.I jest osamotniony.

Kim jesteś? Co ze mną zrobiłeś. Proszę oddaj mi mnie.
Rano wstaniesz ty czy wstanę ja?

Kupiłam sukienkę.



Projekt śniadanie. Dzień 13
Edycja 2

Naleśniki z dżemem skandynawskim,twarożkiem i bananem. Otoczone mgiełką cynamonu unosząca się po całym pokoju. Kawa miętowa. I kawa zwykła.



Projekt śniadanie. Dzień 14
Edycja 2
Tost. Najzwyczajniejszy w świecie tost. Z żółtym serem,zielonym pomidorem,czerwoną papryką i oregano. Herbata skropiona sokiem z limonki. Dużo chmur za oknem. I dużo planów. i brak zdjęcia śniadania.



czwartek, 26 września 2013

"Piłam, bo chciałam utopić swoje smutki, ale teraz te cholerstwa nauczyły się pływać."

Frida Kahlo

Nie lubię poranków wymuszających na mnie jedzenia śniadania "na raty". Pół kanapki,garść migdałów,jeden banan. W międzyczasie baton na pół z ojcem i siąpiący deszcz z wiatrem wokół. Na przystanku(ale nie alasce) kawa,ale niedobra,z dziwnego rodzaju automatów.

Wracam do jedzenia bananów i na tą chwilę mam gdzieś co mówią pan i pani. Przychodniowi dozorcy hamowania symptomów szeroko pojętej krótkotrwałej ochrony zdrowia. Jestem tak cholernie szczęśliwa z tego kroku(i wielu innych,które postawię)

Nie są moimi ulubionymi,ale da-się-przeżyć są bezśniadaniowe poranki.

Śniadanie. Dzień 9 i 10 uznaję za bezpowrotnie stracone i idealnie mnie rozczarowujące śniadaniowo. Ale cóż. Standard u mnie.

Dzień 11. Kolacja z Siaśką. A na śniadanie był kisiel truskawkowy.


niedziela, 22 września 2013

"Nasze kłamstwa więcej o nas zdradzają niż prawda najprawdziwsza. Kiedy mówisz o sobie prawdę – prawda to jest to, co ci się rzeczywiście przydarzyło: twój wycinek historii świata. I przecież nie masz, nie miałaś nad nim żadnej kontroli, nie wybrałaś miejsca swych narodzin, nie wybrałaś sobie rodziców, nie miałaś wpływu na to, jak cię wychowają, nie wybrałaś swojego życia; sytuacje, w jakich cię stawiało, nie były twojej kreacji, ludzie, z którymi musiałaś się zadawać, nie byli tworami twego umysłu i nie dawałaś przyzwolenia na szczęścia i nieszczęścia, jakie stały się twoim udziałem. Większość tego, co nam się przydarza, jest dziełem przypadku. Kłamstwo natomiast w całości pochodzi od ciebie, nad kłamstwem posiadasz kontrolę zupełną, zrodziło się z ciebie, tobą się karmi i tylko ciebie opowiada. W czym więc odkrywasz się bardziej: w prawdzie czy w fałszu?"

autor:Jacek Dukaj

Projekt śniadanie. Dzień 7
Edycja 2.
Antyprzeziębioniowy napar- uśmiechnięty(!)koktajl Mołotowa
(tymianek,majeranek,imbir,łyżka miodu,sok z cytryny i grejpfruta)

Projekt śniadanie. Dzień 8
Edycja 2.
Ciasto sypane/warstwowe ze śliwkami. Mąka,kasza manna,masło. Proszek do pieczenia. Sliwki. Cynamon. Dużo cynamonu.






A oto specjalna audycja nadawana wprost z łóżka. 

*cichnie Kings of Leon-Use somebody*
Ze specjalną dedykacją dla smarkających i cherlających gruźlików

*koniec pozdrowień,muzyka powoli staje się coraz głośniejsza leci już jakiś Poker Face czy cuś*

piątek, 20 września 2013

"Witamy w wieku nie-niewinności (...) Nikt nie jada śniadania u Tiffany'ego, nikt nie przeżywa pamiętnych romansów - zamiast tego jemy śniadanie o siódmej rano i miewamy przygody, o których staramy się jak najszybciej zapomnieć. Jak wdepnęliśmy w taki brud? (...) Kiedy ostatni raz widziałeś dwoje ludzi patrzących sobie w oczy i nie pomyślałeś: taa, akurat?" C. Bushnell

Projekt śniadanie. Dzień 5
Edycja 2
Kanapki z odrobiną słońca zamkniętego w słoiczku dżemu dyniowego z wanilią,cynamonem,imbirem i kardamonem.Chleb pszenny,masło,dżem z dyni. A to wszystko popite niewyobrażalnie ciepłą herbatą z liści mięty(z domowego ogródka). Nie wygląda,a cieszy.


Projekt śniadanie. Dzień 6
Edycja 2
Domowe bułki ziołowe. Ze szpinakiem,masłem,zielonym ogórkiem,wędliną i jajkiem. Pomidor. Czarna,ale jednak o smaku pomarańczowym, kawa.



Jeszcze nigdy nie włączałam piekarnika o siódmej rano. Zdecydowanie nigdy też nie szłam spać polubownie o dwudziestej trzeciej. W półmroku. Przy zapalonej lampce. Bo ja przecież jeszcze czytam,Mamo nie śpię. Od zawsze wiedziałam,że bose spacery po kafelkach są traumatyczne. Zaskoczyło mnie jednak zimno drewnianych desek.Wpół śpiąco. Jeszcze niepewnie. I w towarzystwie mało skoordynowanych ruchów.Zalewać plastry cytryny miodem.Dolewać wody. Trzeć imbir. I kruche ciasto na szarlotkę. Wyrabiać drożdżowe i odstawiać do wyrośnięcia.Zdecydowanie można rozrabiać drożdże,mieszać cukier z mąką, a sól z ziołami nawet wpół śpiąc. Nie można jednak będąc połowicznie w sferze jawy sennej i chęci powrotu do łóżka-odczytywać wiadomości-zarówno tych telefonicznych jak i facebookowych. A gdy jednak się zdecydujemy na taki szalony krok-lepiej to zrobić po kawie i smacznym śniadaniu. Nie w trakcie,bo grozi to zdecydowanie zbyt mocnym tarciem oczu,czytaniem wiadomości razy pięć, usunięciem-niechcący-kilku kontaktów telefonicznym i głośnym niecenzuralnym słowem gdy sens w końcu do Ciebie dotrze.

poniedziałek, 16 września 2013

“mała ty się rozpadasz jak przemoknięte książki. chciałem cię wczoraj chwycić w ramiona rozleciałaś mi się pod palcami. kochanie ty się poskładaj już i tak jest ciebie za mało ” Alina Korzeniowska


Projekt śniadanie. Dzień 2.
Edycja2

Śniadanie po omacku planowane,a jedzone przy biurkowej lampce. Jak widać na zdjęciu-nie powinno się samemu malować ścian. Jajecznica ze szpinakiem. Chleb foremkowy pszenny posmarowany osełkowym masłem. Comfort food. Najprostsze i pewne. Najsmaczniejsze. A co ważniejsze-ciepłe. Jedzone dziś na śniadanie. I wczoraj na kolację. A przedwczoraj-na obiad. Odkryte na nowo po kilku miesiącach jajecznicowej abstynencji.Obsypane solą i zmielonym kolorowym pieprzem. Za dużo soli. I goryczy. Za mało pieprzności ostatnio. I na talerzu. I w życiu. I chyba tak lubię najbardziej.


Bo dziś nie ma nieba. Nie,bo tu nie ma nieba. Nie ma nawet prześwitów między wieżowcami. Jest tylko stary wiejski dom. Kamienny mur obrośnięty mchem. Drewniany płot. I kolejne liście opadające na trawnik za oknem,wirujące na wietrze i tonące w deszczu.Och zapomniałabym. I denerwujące rozmruczanego kota. Cała szyba wymalowana jest odciskami kocich łapek i kociego nosa.

niedziela, 15 września 2013

"W niektóre noce łózko jest nieskończenie szerokie. Niektóre noce mieszczą całą samotność świata. W niektóre noce łóżko jest miękkie i obiecujące, a oczekiwanie na sen staje się najlepszym czasem minionego dnia. W noce takie jak ta łóżko jest twarde, materac to wróg przeganiający myśli na niewłaściwe miejsca, jakby chciał wyszydzić człowieka, że leży tam sam, bez innego ciała, na którym można się oprzeć." Mons Kallentoft "Ofiara w środku zimy"

30 dni to w końcu niewiele,prawda?

Projekt śniadanie. Dzień pierwszy.
Edycja druga.

Poranek przywitał mnie deszczem więc dziś na śniadanie była czekolada. Zapijana herbatą z ulubionego kubka- fair-trade saszetkowa,ziołowa. Gdzieś później w czasoprzestrzeni pojawiły się kanapki z chleba pszennego z masłem,konfiturą różaną i migdały. Ranek mija trochę za szybko. A może ja za późno wstałam?



sobota, 14 września 2013

Dedykacje

„Dedykuję ten wiersz mężczyznom którzy nigdy się ze mną nie przespali
dzieciom których nigdy nie miałam
wierszom których nikt nie napisał

Dedykuję ten wiersz matkom które nie kochały swych dzieci
Tym co pomarły samotnie w hotelu
i nikt im nie towarzyszył

Dedykuję ten wiersz autorowi graffiti na murach
Mężczyźnie i kobiecie
Bezimiennemu na torturach
Temu co nawet swego nie zdradził imienia

Dedykuję ten wiersz tym co krzyczą z bólu
Także położnicom
I krzykaczom na dworcu autobusowym

przy portalach bramy wejściowej na targowisko

Dedykuję ten wiersz samobójcom
Zapomnianym poetom
pokutującym w jakiejś antologii

Temu co myje trupy w kostnicy
Kobietom które sypiają ze wszystkimi
Tym co zawsze kładą się do łóżka samotnie
Dedykuje ten wiersz kumom i kumplom
którzy uprawiają miłość jakby byli z kamienia
Tym którzy obmywają się wodą z filiżanki
w Wielki Piątek i zamieniają się w ryby
Człowiekowi który chciał stać się krukiem
i tym wszystkim którym się śni że potrafią latać

Dedykuję ten wiersz Panu Gwiaździstej Nocy
Ognistemu Ptakowi
Szlochającym Muchom
i Zielonym Deszczom
Strażnikowi Miodu
Wspólnocie Braci Mniejszych
Człowiekowi w Masce która płacze
Chropowatemu Ślimakowi Ziemi
Wodzie Tryskającej z Czterech Stron Świata
Zbieraczowi Kory Drzewnej na Wino Ceremonialne

Dedykuję ten wiersz tym co grają na flecie i biją w bęben przed praniem bielizny w oczku wodnym
Tej co pluszcze się w górskim wodospadzie a włosy płucze wywarem z lilii
Tej co karmi piersią swe dziecko podczas zbiorów trzciny cukrowej
Tym co szukają tęczy w oleistej kałuży
Wioślarzom których ramiona śpiewają
Tym co podstawiają napój z kukurydzy pod deszcz żeby wypłukać z niego wapno
Tym co wodą napełniają dzbany
i przemierzają autostrady 

Dziewczynce która zobaczyła świetliki
Dziewczynce z latarką w ręku
Dzieciom które skaczą po tlącym się ściernisku
Tym co biegają po ogniu
Tym co chowają swych zmarłych pod podłogą w kuchni
i śpiewają pośród szczątków
Temu co chce oszukać swą śmierć w łóżkach nieboszczyków
Temu co schodzi z gór aby nie poparzyły go gwiazdy
Temu co chwyta śmierć za rękę i prosi ją do tańca
Tym co mają wiele synowych i noszą iguany we włosach

Czarnoskórym sprzedawcom lodów na ziemi gorącej
Poławiaczom krewetek witającym o świcie kometę
Temu co podwija koszulę i woła o siekierę
Tej co sprzedaje tamales z rozmaitym farszem
Tym co zrywają kukurydzę żeby zjadać ją na surowo
i uwiązują za ogon psa – złodzieja kurczaków
Tym co potrząsają kastanietami
i zabijają z miłości
Tym co chowają się w mysią dziurę na pogrzebie przyjaciela
Poecie który nie potrafi zejść z dachu bo jest za bardzo zakochany
Temu co robi ile może

Dedykuję ten wiersz tym co nie chodzą do kawiarni
ani na basen nie umieją rozmawiać przez telefon
Tym co nie przestępują progu banków
i nie pokazują się w telewizji
Tym co chodzą do wieczorowej podstawówki
i otrzymują listy miłosne z błędami ortograficznymi
Poetom którzy nie napiszą żadnego wiersza
Kelnerom przełykającym swoje poczucie godności
Staruszkom piorącym cudze ubrania
Tym co nie mają odwagi powiedzieć tego co myślą
ani podnieść głosu
Tym co nie odważą się być szczęśliwe bez zgody mężczyzny
Tym co śpią gdzie popadnie a w tłumie nie pisną ani słowa
Kobietom które kładą się spać w fartuchach
z myślą o robocie podczas gdy ich mężowie mają przedwczesny wytrysk
Tym co wstają po ciemku pod palmowym dachem bez ścian
Tym co pieką tortille w lepiankach
Tej co spaliła sobie włosy
i sadzą poplamiła spódnicę
Tym co na słonecznym dachu uprawiają chilacayotes
i nie mają gdzie usiąść bodaj ma chwilę

Tym co śpiewają dzieciom kołysanki w języku tzotzil
i mają brud za paznokciami
Zbieraczom bawełny i kawy
Tym co koszą trawę
Tym co sadzą nopales i żywią się posoloną tortillą
Nocnemu stróżowi który także w dzień pracuje
Kobiecie w dziurawych pantoflach która ściele co rano setkę łóżek
Bezzębnemu starcowi który handluje gumą do żucia na plaży
Tym co podróżują na stojąco do ziemi kakaowców
Tym którym od smutku poczerniały twarze
i bliznę płaczu skrywają w głuchocie

Dedykuję ten wiersz zakutemu w kajdanki
Dzieciom bitym przez pijanych rodziców
Kobietom pilnującym cudzych dzieci a swoje własne oglądającym co dwa tygodnie
Tej co zmywa podłogi w szkole i nie potrafi się nawet podpisać
Tym co jadają w przytułku
Kalekom skulonym wokół pieca w jakiejś piekarni
Tym co obsługują łaźnie publiczne
i zamiatają o świcie ulice
Tym co tańczą w kabaretach
i mają już tego dosyć
Dedykuję ten wiersz murarzowi umierającemu w domu który zbudował dla kogoś innego
Poecie podczas czuwania przy jego zwłokach z ustami zamkniętymi na wieki
Tym co uciekli nocą gdy lawa wulkanu wdzierała się do ich kościoła
Sąsiadom którzy zdążyli pochować swe dzieci
jedno po drugim rok po roku
Tym zmuszonym sprzedawać swe dzieci swą krew i swoje ciało

Tym co nic nie mają do stracenia
Dedykuję ten wiersz zdesperowanym chłopom którzy wdarli się na ziemię właściciela
Tym co kopią tunele pod twierdzą pieniądza
Tym co podkładają ogień pod rafinerie cukru
Tym którzy nie rzucają cienia i w noc bezksiężycową patrzą z mostu
Trzynastolatkom ruszającym do partyzantki
którzy zadają się po raz pierwszy z kobietą w górach
Ten wiersz jest dla dwóch rannych
Dla Kostuchy albo Łysej
Dla małej Olgi w obozowisku guerilleros
Dla bezdomnych brudasów przeganianych przez wszystkich

Dedykuję ten wiersz dzieciom z krajów w których prawda jest prawie zabroniona
Tym co przybrali inne nazwisko
i przez całe lata nie kontaktują się z rodziną
Tym co nigdy ze sobą nie dzielili łoża
a pochowano ich w zbiorowej mogile

Dedykuję ten wiersz matce szukającej syna w amfiteatrze
wśród innych wierszy z odciętą głową
Tej która nie może rozpoznać swego nieboszczyka
i każdego żegna uściskiem.”
Ambar Past - Dedykacje