czwartek, 26 września 2013

"Piłam, bo chciałam utopić swoje smutki, ale teraz te cholerstwa nauczyły się pływać."

Frida Kahlo

Nie lubię poranków wymuszających na mnie jedzenia śniadania "na raty". Pół kanapki,garść migdałów,jeden banan. W międzyczasie baton na pół z ojcem i siąpiący deszcz z wiatrem wokół. Na przystanku(ale nie alasce) kawa,ale niedobra,z dziwnego rodzaju automatów.

Wracam do jedzenia bananów i na tą chwilę mam gdzieś co mówią pan i pani. Przychodniowi dozorcy hamowania symptomów szeroko pojętej krótkotrwałej ochrony zdrowia. Jestem tak cholernie szczęśliwa z tego kroku(i wielu innych,które postawię)

Nie są moimi ulubionymi,ale da-się-przeżyć są bezśniadaniowe poranki.

Śniadanie. Dzień 9 i 10 uznaję za bezpowrotnie stracone i idealnie mnie rozczarowujące śniadaniowo. Ale cóż. Standard u mnie.

Dzień 11. Kolacja z Siaśką. A na śniadanie był kisiel truskawkowy.