piątek, 11 lipca 2014

"To nie są czasy, w których można być bezkarnie sentymentalnym, pęd nie uznaje kierunku wstecz. Biegnie się we mgle, na oślep, na bezdechu. Pojawia się dezorientacja, z niej strach. Ze strachu panika, z paniki obłęd; coraz częściej myślę, że my wszyscy mamy w mniejszym lub większym stopniu pokruszoną, zniekształconą psychikę, że to szaleństwo, te fobie i niepokój to choroba cywilizacyjna, fatalistyczne przeczucie lemingów pędzących ku przepaści."Radek Kolago, "Śmiertelne piosenki"

Lipiec jest zawsze bardzo standardowym miesiącem. Rzekłabym: przewidywalnym od jego pierwszych chwil do ostatnich godzin. Wypełniony bliżej nieokreśloną tęsknotą za Bożym Narodzeniem. Piekę więc makowce, nucę piosenki z bajek, oglądam Anastazję i Ekspres Polarny i szereg zimowo-świątecznych filmów.

 W międzyczasie robię przelewy, porządkuje archiwa, wkładam dokumenty do odpowiednich segregatorów, wykonuje telefony, sporządzam pisma, adresuje koperty i staram się nie wydawać wszystkich pieniędzy na książki. Niestety tak już u mnie jest każde pieniądze ekstra, każde odłożone - wcześniej czy później wylądują w kasie jakiejś księgarni.

A wieczorami czytam Grzesiuka, znów przypominam sobie to co pisał Hłasko i taplam się w historii drugiej wojny światowej. Bezapelacyjnie kończę w czasach PRL czasami o II RP zahaczając. W tym roku jakoś wyjątkowo mnie jeszcze na literaturę amerykańską wzięło.


I dobrze. Bo pomiędzy tym wszystkim wykradam chwile by pobyć we Wroclove, a jadąc pociągiem łatwiej czyta się powieści. I wracam z zawalonymi  doszczętnie zatokami i siedzę w domu chociaż na dworze pies znalazł jeża i zastanawiamy się z Mamą czyby go nie zaadoptować, ale chyba jeż podwórkowy spuściłby manto naszemu afrykańskiemu… 

I w sumie dobrze jest jeść rosół z domowej kaczki, uczyć trzylatka jak zrobić kawę(potrafi! Moja krew, to chyba rodzinne…) i jem na śniadania zupę z krewetek, ciastka zagryzane jabłkami w pociągach, a i czasami kanapki najzwyczajniejsze z serem i szynką i pomidorem-najlepsze bo na podłodze dwupokojowego mieszkania bądź działki gdzie zmieściliśmy 35 osób. Zdarza się owsianka, bywa że i jajecznica ze szpinakiem a i potrafię te posiłki odwrócić i gdy gardło zaboli owsiankę budyniową jem na kolację.

Wiem,że nie jest idealnie,wiem,że pewne rzeczy zawalam. Wiem,że zatoki i gardło wciąż i wciąż chore to nie żarty, wiem,że moje jedzenie przekłada się na odporność. Wiele wiem,ale cholera-tak trudno ogarnąć mi perfekcyjnie zdrowe jedzenie mając po prostu życie.








3 komentarze:

  1. życie...tak wiele czynników się na nie składa. czytam co piszesz i od razu wnioskuję, że po prostu czerpiesz jak najlepiej z każdej chwili i być może - mimo iż nie zawsze jest idealnie to nie ma się co tym przejmować, żyć dalej...tak jak nam najswobodniej. u Ciebie tak jest, prawda? tak swobodnie :) robisz to co lubisz, jesteś sobą - to najważniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. z tym zdrowym jedzeniem mam tak samo. ale szczerze? żyje się raz, w końcu zrozumiałam że trzeba mieć pewne priorytety. jedzenie ma ograniczać mnie w działaniu? nigdy w życiu!

    trzylatek parzący kawę? chętnie bym z nim przybiła piątkę! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz sytuacja jest nieco inna - mogę się ograniczać odżywczym jedzeniem(zero cukru,nabiału śladowe ilości) albo mogę się ograniczyć chorowaniem jak teraz. U mnie kilka żywieniowych wyskoków skutkuje choróbskiem ograniczającym mnie bardziej niż odmówieniem sobie pewnych produktów tj cukier i in.

      Usuń

Anonim? Bez konta? Proszę wybierz opcję "Nazwa/Adres URL" i wpisz swoje imię/pseudonim/chociaż inicjały - lubię wiedzieć kto mnie odwiedza i komentuje :)